Sample Image


PNEUMATYK NR. 301.
... Siedziało nas kilku w niedbałych, poobiednich pozach w ogródku letniej kawiarni, pełnym gwaru.
Każdy stolik obsiadła gromadka ludzi, jak muchy obsiadają owoc, znęcone zapachem.
W cieniu, przy chłodnikach, przeglądało to wszystko pisma, rozprawiało i rozkoszowało się widokiem wspaniałego błękitu, który w czarodziejskiem oświetleniu czerwcowego słońca,
zdawał się przypominać z poza koronkowego parasola ciemno-zielonych kasztanów, że jest jeszcze na tym świecie — tam, za rogatkami!
— coś więcej nad banialuki gazet i fałszowane przysmaki knajp.
Pogoda była cudowną, powietrze pachło niedawnym majem a ruch świąteczny i odświętne stroje tłumu w alejach czyniły chwilami ubogą stolice partykularza cokolwiek podobną do
wielkich miast.
Jakże przyjemnie było, pasąc wzrok stubarwną pstrokacizną obrazu jaśniejącego słońcem i kobietami, odurzając uszy gwarem ludzkim a węch zapachem cygar, kawy, perfum,
pogrążyć myśl i ciało w błogim półśnie poobiedniego lenistwa, pleść przytem wesołe brednie — brednie koniecznie !
— i śmiać się z nich do rozpuku, w bezmyślnem i krótkotrwałem szczęściu nowoczesnych niewolników, których nieprzebrana szczodrość losu obdarza raz na sześć dni niedzielą,
by do niej, jak do raju, tęsknili cały tydzień, a potem, skoro nadeszła, nie wiedząc, co z nią począć, szli gapić się, jak ją spędzają drudzy. W kawiarni było już tak pełno, że nawet ostatni, oblany upałem stolik, omijany dotąd przez wszystkich, zajęli goście, osłonięci od skwaru letniemi parasolami, których jasne
barwy, przesiąkłe słońcem, zdawały się palić.
W furcie ogródka, po za którego sztachetami toczył się nieustannie tłum i mętne, szare, duszące kłęby pyłu, zatrzymywał się tylko od czasu do czasu pies z wywieszonym językiem
lub obdarty malec, czyhający na niedopałek papierosa, obaj pełni respektu dla serwet garsonów.
Naraz u wejścia ukazało się dwóch cyklistów, dwóch młodych ludzi w białych przylegających myckach na głowie, w popielatych garniturach, z przepysznemi łydkami, obciśniętemi
trykotem.
Okryci kurzem, czerwoni, zadyszani i spoceni, prowadzili obadwaj za srebrzyste kierownice swe "maszyny", które cicho i gładko toczyły się u ich boku, a wkroczywszy na terytoryum
kawiarni, rzucili dokoła śmiałym i wyniosłym wzrokiem zwycięzców, zdając się nie dostrzegać nic i nikogo, jak gdyby wszystko, co ich tu otaczało, istoty i rzeczy, było
przeźroczystem jak szkło albo mikroskopijnie małem i marnem w porównaniu z mięśniami ich łydek, w porównaniu z zdobiącemi ich kurtki medalikami za "wyścig dystansowy" i "piękną
jazdę".
Przy naszym stole poczęto drwić z cicha z butnych min przybyłych, którzy zajęli z pompą dostarczony przez służbę stolik i zatopili się w sportowych pismach.
Gdy żarty stawały się złośliwemi, jeden z naszych, milczący dotąd z uśmiechem pobłażania na ustach, którego połowa zdawała się odnosić do cyklistów, druga do skierowanych
ku nim zaczepek — przerwał je tonem wesołej perswazyi:
— Zostawcie w spokoju tych szczęśliwców! Niech marzą!...
Czyż godzi się budzić kogoś z miłego snu, dlatego że nam samym spać się nie chce?... I co wam szkodzą, ich zadarte nosy? zadarte — jak u ludzi zadowolonych.
Raczej zazdrościćby im wypadało, że tak nie wiele do szczęścia potrzebują... Dwa kółka i kusy garnitur przenoszą ich w krainę snów ...
I pomyśleć, że innym potrzeba do zadowolenia trząść światem!


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 Nastepna>>